Strony

niedziela, 13 listopada 2011

Mac Miller - Blue Slide Park (2011) - recenzja


Mac Miller już jako osiemnastolatek szturmem zdobył listy przebojów. Wydany w zeszłym roku mixtape „K.I.D.S” zrobił furorę wśród słuchaczy na całym świecie. Odtworzenia jego klipów liczone są w milionach. Twitter, zapowiedzi płyty, pojedyncze kawałki i mixtape’y wszystko to śledzone jest przez rzesze fanów. Jak Mac Miller poradził sobie z presją popularności na legalnym debiucie, jakim jest „Blue Slide Park”?

Zainteresowanie tym zwariowanym nastolatkiem, który ledwie co skończył high school wzięło się przede wszystkim z dwóch numerów pochodzących z „K.I.D.S”  - „Nikes on my Feet” i „Knock Knock”. Pierwszy mimo tego, że opowiada o butach jest niezwykle klimatycznym i hipnotyzującym utworem, proszący się o ciągłe odtwarzanie. Drugi to imprezowy wymiatacz z pomysłowym klipem i olbrzymią dozą pozytywnej energii. Kolejne zalety Maca to luzacki styl, perfekcyjnie dopracowane flow i dobór świetnych, bujających bitów (za większością z nich stoi ID Labs). Połączenie tych wszystkich walorów stworzyło dobrze nastrajający "Blue Slide Park".

Doskonałym przykładem na pokazanie możliwości rapera z Pittsbourgha jest kawałek „Under The Weather”, gdzie Mac rapuje zwrotki w znakomity sposób, w niektórych momentach przyspieszając, w innych przeciągając słowa tak, że całość brzmi wyśmienicie. W tym samym numerze Mac śpiewa równie porywający i chwytliwy refren, co pokazuje jego wszechstronność. Raper swobodnie czuje się na każdym podkładzie bez względu na to czy producenci przygotowali spokojniejsze „Missed Calls”, nieco bardziej elektryczny „Frick Park Market” czy punkujący „Up All Night”.  Idealnie dobiera poziom energii i dopasowuje głos w taki sposób, że przez całą długość albumu pozostaje świeży i nie mamy prawa być znużeni.  

W niemal każdej recenzji pojawia się akapit poświęcony gościom. Tutaj „Blue Slide Park” różni się od typowej płyty zza oceanu. Nie ma głośnych nazwisk, nie ma kolegów z wytwórni, nie ma wokalistek śpiewających refreny. Jest tylko Mac wypełniający ponad 45 minutowy krążek swoim rapem.

Jedyny zarzut jaki można postawić raperowi z  Rostrum Records to słabe teksty. Niestety nie znajdziemy tu dobrych koncept-kawałków, miażdżących panczy i ciekawych opowieści. Mamy za to imprezy, jego ekipę i dziewczyny. Nie słuchamy jednak Maca Millera po to, żeby wgłębiać się w teksty. Są dwie drogi na odtwarzanie „Blue Slide Park”. Pierwsza z nich to wyłączenie mózgu i odprężenie się, druga droga prowadzi nas na imprezę, gdzie mogą być grane kawałki Maca.

Po „K.I.D.S” Mac nieco spuścił z tonu. „Best Day Ever” i „I Love Life, Thank You” stały kilka poziomów niżej niż jego najlepszy mixtape. Na szczęście forma wróciła w najbardziej odpowiednim momencie i jestem skłonny stwierdzić, że hierarchia najlepszych materiałów od Millera może ulec zmianie i na pytanie: "Co mam sprawdzić od Maca?" możemy śmiało odpowiadać: "W pierwszej kolejności Blue Slide Park".

4 osób ma ochotę coś dodać:

Lite pisze...

pierwszy akapit - tak właśnie wyobrażam sobie wstęp do każdej recenzji tej płyty

high school - :|

Pierwszy to klimatyczny utwór, proszący się o ciągłe odtwarzanie. - zero informacji; każdy czytelnik zrozumie to na swój sposób

gdzie Mac rapuje zwrotki w znakomity sposób, a refren śpiewa równie porywająco - to samo

punkujący - dziwnie brzmi

W niemal każdej recenzji pojawia się akapit poświęcony gościom. - serio? po cholerę to zdanie?

więcej uwag nie mam. płyty oczywiście nie słyszałem. ; )

Mateusz Jose Osiak pisze...

Propsy za opinię, Lite. Nawet nie mam co polemizować, tylko pozostaje mi podkulenie ogona i zmienienie kilku szczegółów (ale to jak wrócę z highschoolu). Na ten brak informacji nie zwracałem uwagi zupełnie, nigdy nie patrzyłem w ten sposób. Dzięki, serio.

Lite pisze...

Czekam na następną recenzję.

Ebro pisze...

Mistrzowska płyta. Może powiedziane nad wyrost, ale biorąc pod uwagę, że mój rówieśnik - mega.

Prześlij komentarz