Jeżeli naczelny hustler w Polsce nagrywa ckliwą płytę, na której płaczliwym głosem opowiada o swojej nieszczęśliwej miłości to wiedz, że coś się dzieje jego wizerunek musi ucierpieć. "Muzyka emocjonalna" wydana dwa lata po hedonistycznej "Muzyce rozrywkowej" została przyjęta otwartymi ze zdziwienia ustami fanów. Kiedy szok opadł, został tylko pusty śmiech.
Solowa kariera Pawła z Ursynowa była niemalże idealna. Dwie płyty z Noonem zostały bezsprzecznie okrzyknięte klasykami polskiego hip-hopu. "Muzyka klasyczna" i "Muzyka poważna" to albumy, na których Pezet pisze dobre, błyskotliwe linijki, ma pomysł na siebie i odnajduje się w klimatycznych bitach Bugajaka. Trzy lata później mamy zwrot w twórczości starszego Kaplińskiego. Dojrzałego rapera zastępuje pewny siebie raper-hustler, opowiadający o swoich seksualnych podbojach, rzucający ostre, bezkompromisowe pancze, pijący duże ilości alkoholu. Nic nie zapowiadało kolejnej zmiany wizerunku Pezeta. Czemu więc wydana w 2009 roku "Muzyka emocjonalna" jest tworem zagubionego i załamanego artysty?
"Muzyka emocjonalna" zawiera całe trzynaście utworów (w tym sześć remixów). Pezet upodabnia się w nich do siedzącego w kącie gimnazjalisty, któremu rówieśniczka z IIC złamała serce i poszła za rękę z dwa lata starszym gościem w dresie. Raper czasem nawet nie rapuje, a wręcz melorecytuje swoje pełne żalu teksty. Wersy: "A kiedy moja miłość zgaśnie, gdy naprawdę będę chciał iść sam, gdy bez ciebie będzie łatwiej (...) będzie koniec nas, koniec" brzmią jak wyrwane z "Cierpień młodego Wertera". O warstwie lirycznej ciężko powiedzieć cokolwiek innego, wszędzie przewija się motyw smutnego Pezeta, przeżywającego odejście ukochanej. Tak bardzo chciałby powiedzieć jej, że ją kocha. Tak bardzo chciałby zobaczyć jej dołek w policzku i spojrzeć jej w oczy. Teraz została samotność i myśli samobójcze. Jakie to smutne, jakie to wzruszające.
Bez winy nie jest również producent Zjawin, któremu Pezet płacił za bit 383 złote netto. Płytę rozpoczynają dwa remixy starszych numerów rapera z Ursynowa. Pierwszy - "Noc i dzień" - wypadł znośnie. Za to "W moim świecie" zostało kompletnie zniszczone. Zjawin zabił magię tego kawałka i wypadł przy oryginalnej wersji Ajrona jak Adamek w starciu z Kliczką. Pozostałe bity również nie zachwycają, nie mają przebojowości ani polotu, choć małym usprawiedliwieniem może być to, że producent musiał się dostosować do konceptu płyty.
Każdy człowiek ma prawo do gorszych dni i do przeżywania utraty miłości na swój sposób. Do dziś jednak nie mogę pojąć czemu Pezet zdecydował się na zaprezentowanie takiego materiału szerszej publiczności. Czemu żaden współpracownik nie powiedział mu, że ta płyta jest słaba i może źle wpłynąć na jego sceniczny wizerunek? Chyba nigdy nie poznamy odpowiedzi na te pytania. Całe szczęście, że Pezet się pozbierał. Zeszłoroczne "Dziś w moim mieście" nagrane z Małolatem to nie idealny album, ale na pewno jest krokiem w dobrą stronę. Zaplanowane na listopad "Radio Pezet" zapowiada się wyśmienicie. Gdyby nie marna "Muzyka emocjonalna" mielibyśmy rapera bez wad, a tak będzie się to za Tobą ciągnęło, Paweł, oj będzie...

2 osób ma ochotę coś dodać:
beka z cyklu
Muzyka emo też na początku mi się nie podobała i miałem podobną opinię do twojej, jednak teraz po jakimś czasie stwierdzam, że jest to inny album, a czy słaby? Nie wiem, po prostu inny.
Mi się nie podobał, miałem oryginał, który oddałem do konkursu, który organizowałem :D
Prześlij komentarz